Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem
grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia
ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w
ogień wieczny
Mt 18, 8
Szary pył
pokrywał moje znieruchomiałe ciało tak, że musiałam wyglądać jak pokryta kurzem
figurka. Czasem tylko zamykałam oczy przed uderzeniami fal wiatru niosącego gorące
powietrze i drobinki piasku. Zdarzało mi się też kaszleć, gdy proch osiadał się
na ściankach mojego gardła, tworząc cienką skorupkę. Smakował węglem – tak
odkryłam popiół. Nie potrafiłam rozpoznać oglądanej pory. Jeśli był to dzień,
to wyjątkowo przygasły; jeśli noc – wyjątkowo jasna. Mgławice podświetlone
gwiazdami dającymi nikłe światło przez całą dobę zlewały się w żółtawe, rdzawe
i zgniłozielone plamy. Ich mdła poświata pozwoliła mi dostrzec rzeźbę, która
ukazała się pośród skał. Nie skojarzyłam z jej pojawieniem się żadnego „nagle”,
„niespodziewanie” czy „nie wiadomo skąd”. Wystarczyło mi parę sekund, minut,
godzin? Wystarczyła mi chwila, by traktować tę postać jako stałą część widoku.
Zdawała się być wyciosana z białego marmuru. Pył nie osiadał na jej kredowej
skórze, piasek odbijał się od oblicza, wiatr nie targał złotych włosów. Był
lepszą figurką ode mnie. Podobało mi się na niego patrzeć. Wpatrywałam się w
niego niczym w gwiazdę pośród mgieł pyłu i gazu, wsłuchiwałam w ciszę jego
istnienia obojętną na zawodzenie wiatru i przełykanie ostatnich resztek śliny
przez skamieniały przełyk. Wtem upadł. Wraz z jego ciałem runęło moje
wyobrażenie o nim jako o marmurowym posągu. Nie skruszył się, nie rozpadł na
kawałki. Upadł jak człowiek i nie jak człowiek. Wciąż był piękny, statyczny
nawet w uderzeniu o ziemię.
Świetlista postać
brnie na kolanach rzez piach i popiół. Odłamki skał nie zostawiają zadrapań na
jej skórze. Zamroczone zmęczeniem oczy podnoszą się, by ujrzeć kobietę
nieruchomo siedzącą pośród węgla. Umorusana twarz nie wyraża zainteresowania
obecnością nieznajomego. Oczy kobiety patrzą co prawda na niego, jednakże
patrzyłyby tam zapewne, gdyby przybysz zniknął. W końcu dzieląca ich odległość
zmniejsza się na tyle, że mężczyzna może zauważyć leżącą przed kobietą rękę
oraz nóż pokryty cienką warstewką wyschniętej krwi. Przenosi wzrok na ciało
kobiety pozbawione prawego ramienia; bark kończy jedynie szkarłatna breja z
krzepnącej krwi, strzępków ciała i brudu.
- Jesteś ranna! –
krzyczy. Jego głos nie zdradza wyczerpania, które powaliło go przed chwilą na
ziemię. – Wykrwawisz się! Czekaj, trzeba to opatrzy…
Kobieta unosi powoli dłoń w geście sprzeciwu.
- Zostaw – mówi,
widząc rękę nieznajomego gotową rozerwać białą szatę i przyłożyć kawałek sukna do
rozpapranej rany.
– Zostaw, proszę.
Oczy koloru złota kierują wzrok na nóż.
Oczy koloru złota kierują wzrok na nóż.
- Kto ci to zrobił?
Milczenie.
- Skąd ten popiół?
Głowa kobiety lekko się podnosi, lecz po chwili opada bezwładnie na pierś.
Głowa kobiety lekko się podnosi, lecz po chwili opada bezwładnie na pierś.
- Dlaczego wszystko
spłonęło? Gdzie jest las? A miasto? Nic po nim nie zostało?
Pytania brzmią wyraźnie mimo podmuchów wiatru niosącego
drażniący zapach spalenizny. Czekają na odpowiedź, lecz ta nie nadchodzi.
- Przybyłem po dusze
tych, którzy spłonęli. Gdzie są ich szczątki? Czy nawet kości obróciły się w
popiół?
Po twarzy mężczyzny
przemyka grymas bólu. Dłoń ociera alabastrowe czoło, choć nie ma na nim ani
kropli potu.
- Nie umrę – przemawia znowu łagodnym głosem. – Posłani nie
umierają. Kiedy dotkną stopą ziemi śmiertelnych, czują pragnienie, gorąco,
cierpienie i głód, ale nie umrą… Lecz i ty ciągle żyjesz. Szukałem wody, ale ty
potrzebujesz jej bardziej. Wciąż możesz przeżyć. Gdybyśmy tylko mieli wodę…
Jego ciało staje się
wiotkie, zupełnie nie podobne do rzeźby z marmuru czy złotego posągu; osuwa
się. Złote włosy toną w szarym pyle, pierś unosi się z trudem, lecz oczy wciąż
patrzą z troską na milczącą kobietę. Powietrze pachnie siarką, dymem i palonym
mięsem. Czuć w nim także jakiś ciężki, przytłaczający zapach, który wybija się
z tej mieszanki. Zapach żelaza. Ani kobieta, ani mężczyzna nie potrafią
rozróżnić pojedynczych gwiazd. Ich światło miesza się w niewyraźną łunę w
kolorach przyprawiających o mdłości. Wtem kobieta wykonuje ruch. Szuka czegoś w
popiele lewą ręką. Podnosi. Zapałka. Wypalona.
- Nie zdążyłam się
uratować.
Wycieńczony mężczyzna nie kryje zdezorientowania. Unosi
wzrok. Widzi zapałkę. Milczy.
- Zbyt późno odcięłam
swoją rękę.
Kobieta wypuszcza
zapałkę z dłoni. Płacze. Łzy płyną jedna po drugiej. Z każdą kolejną jej twarz
zdaje się kurczyć, wysychać. Wiatr cichnie. Piach opada i już się nie unosi.
Blask gwiazdy przebija się przez mętną mgławicę.
- Spij łzy z moich
oczu. Choć raz w życiu dam wodę. – Rozbrzmiewają ciche słowa. Już nic ich nie
zagłusza.
Anioł. Po czyją duszę
przyszedł? Nawet w cierpieniu… piękny. Umarłam. Pustynia zakwitła.
~part of me~
Z
dedykacją dla Białej Róży. Za to że Była Kiedyś. Wybacz mi moje zaniedbania.